|
Kontakt
Statystyki
|
Blog > Komentarze do wpisu
Mieszkanie
Mieszkanie, dom, własne, rodzinne gniazdo, które według przysłowia jest najlepszym miejscem na świecie, zawsze powinno kojarzyć się pozytywnie. Przynajmniej teoretycznie.
Wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, że w trzy lata po moim urodzeniu matka koniecznie chciała zmienić miejsce zamieszkania. Uparcie namawiała ojca do tego czynu, mimo, iż przeprowadzka miała dotyczyć zmiany pięciopokojowego mieszkania dzielonego z dziadkiem od strony rodzicielki, na dwupokojowe dzielone z rodzicami taty. Wystarczyłby prosty rachunek algebraiczny by stwierdzić, iż jest to wyjątkowo niekorzystna wymiana. Wymiana która wiązała – i wiąże ze sobą nadal - wiele poświęceń dotyczących naszej całej, czteroosobowej rodziny. Zapytacie zapewne co wtedy kierowało mamą? Trudno jest mi odpowiedzieć. Sam fakt zaakceptowania owej decyzji przez ojca, określa jak wysoką rangę miały przytaczane przez matkę argumenty. Na pewno miały one związek z chorobą i wspomnieniami. To przecież wśród tych „czterech ścian” zrodziła się choroba matki. Jednak – według mnie – niekoniecznie przeprowadzka wiąże się z samym mieszkaniem. Od dziecka wiem, że nie za dobrze układają się relację pomiędzy dziadkiem, a jego córką, czyli mamą. Często dochodziło do kłótni i niepotrzebnych oskarżeń, kończących się wielokrotnie tygodniowymi, czy wręcz miesięcznymi przerwami w kontaktach. Dlatego myślę, że mama chciała się w ten sposób odizolować od swojego ojca, który od śmierci żony przestał dbać o siebie i swoją rodzinę: stał sie zgorzkniały, niesympatyczny, zaczął pic alkohol z lokalnymi rozwodnikami i osobnikami jego pokroju. Można rzec, że stał się zdziadziałym staruszkiem z parkowej ławki, którego najczęściej można było zobaczyć z piwem w ręku. Być może trochę przesadzam, gdyż dla własnych wnuków dziadek starał się być jak najbardziej miły i przyjazny. Tak, czy inaczej, zmienił się dopiero po pierwszym zawale, gdy zrozumiał, że taki styl życia i stosunki do innych ludzi są złe, i niepotrzebne – zrozumiał, iż będzie potrzebował od innych pomocy. Jednak, nie o tym miałem zamiar pisać... Zapewne nikt z Was nie chciałby, zwłaszcza przy stanie mojej matki, słuchać ciągłego marudzenia własnego ojca, wracającego w stanie nietrzeźwym do domu. Dlatego uważam, iż stąd wyniknęła ta decyzja, której skutki opiszę w następnym akapicie. Jak zdążyliście przeczytać w roku 1990 rodzicie przeprowadzili się do jednego pokoju. Zrobili to świadomie, wiedząc o wszystkich ograniczeniach jakie to ze sobą wiąże. Zrobili to wiedząc, iż w przypadku, gdy w rodzinie występuje osoba chora psychicznie (rencistka 1-ej grupy) na rodzinne powinno przypadać mieszkanie dwuosobowe. Tak niestety nie jest... Życie w jednym pokoju w czwórkę jest naprawdę ciężkie. Zero prywatności, zero ciszy i spokoju. Włączony telewizor, wieża, komputer. Nie można dla siebie znaleźć cichego konta, by odpocząć od codziennych problemów i trosk. Wielokrotnie zdarzało się, że szedłem do ubikacji czytać książkę, bo to jedyne miejsce w którym nie słychać hałasów. Jak w tym chaosie musi się czuć chora mama? Ciągły stres, zły nastrój, problemy, natręctwa z którymi trzeba walczyć na oczach wszystkich. Wpływa to na każdego. Widok chorej, leżącej w łóżku mamy zaczyna być nużący i przygnębiający. Najgorszy jest jednak bałagan jaki panuje w domu. Ojciec ciężko pracuje, my się uczymy, a matka bardzo rzadko ma siły. Brakuje czasu na sprzątanie, zmywanie i inne związane z prowadzeniem domostwa czynności. To my, razem z bratem musimy się tym wszystkim zajmować. Często nam się nie chce, zostawiamy pracę na później. W następstwie w kuchni leży sterta nieumytych naczyń, meble w pokoju są całe zakurzone, a na biurkach walają się przeróżne, niepotrzebne śmieci. Wygląda to tragicznie. Nietrudno się domyślić, że z bratem nie możemy zapraszać znajomych do domu. Już nie wspominając o przychodzeniu do domu z dziewczynami. Jak im wszystkim to wytłumaczyć? Że chora matka, że problemy rodzinne, że małe mieszkanie... Nienawidzę tego. Głupio się czuję, gdy codziennie odwiedzam znajomych, a sam nie mogę tego odwzajemnić. Większość z nich nie wie dlaczego tak jest, ale zapewne domyślają się, iż chodzi o chorą matkę. Mimo wszystko jest szansa i nadzieja. Być może już w przyszłym roku dostaniemy od miasta nowe mieszkanie. Znajdujemy się na liście rodzin, które z różnych powodów potrzebują nowych domostw. Z racji choroby matki mamy przewagę nad innymi kandydatami, ale pierwszeństwo mają familie, którym spłonęły mieszkania itp. Czekamy już od kilku lat, jednak od niedawna szansa się zwiększyła, gdyż dzwoniono do nas, a ojciec musiał podpisywać kolejne dokumenty i deklaracje – czyli coś się dzieje. Jesteśmy na dobrej drodze, zważywszy, że tata podchodzi do tego coraz bardziej pozytywnie. To on zasugerował rok 2007 na termin przeprowadzki. A ojciec nie rzuca słów na wiatr. PS. Maturę zdałem, dostałem się na studia zaoczne (kierunek politologia), aktualnie szukam pracy. Z tych powodów dawno nie pisałem, ale myślę, iż teraz to nadrobię. Dzięki za komentarze i słowa wsparcia. sobota, 09 września 2006, jarpio
Komentarze
pepciu05
2006/09/10 11:20:16
Jak mówi jedno przysłowie, co ciebie nie zabije, to Ciebie wzmocni. A w każdym tunelu pojawia się światełko-kojarzone z czymś dobrym. Pozdrawiam, będzie dobrze.
|