Reaktywowania tego bloga jest trudna. Czasem tutaj zaglądam, by poczytać archiwalne wpisy i zastanawiam się, kiedy coś napiszę, gdyż jest jeszcze kilka spraw wartych opisania. Od kilku miesięcy nie mieszkam już z rodzicami, więc ciężko jest mi opisywać codzienne życie mojej mamy.
Piszę ten wpis, by dać znać, że żyję, że z mamą jest całkiem pozytywnie. Raz lepiej, raz gorzej, ale ma siły na gotowanie, sprzątanie, itd., więc jest się z czego cieszyć. Wzruszyłem się ostatnio, gdy w czasie rozmowy przez telefon powiedziałem jej, iż ją kocham. Biedulka się popłakała, bo tak dawno jej tego nie mówiłem. Mi też poleciało kilka łez. Dzisiaj idę ich odwiedzić i zjeść dobry obiad. Mam nadzieję, że zobaczę mamę szczęśliwą.
Żeby udowodnić wam, że problem chorób psychicznych nie jest problemem marginalnym przedstawię historię mojej koleżanki, normalnej, spokojnej dziewczyny, która nagle okazała się ciężko chora, a jej stan zdrowia wymagał kilkutygodniowej hospitalizacji.
Wszystko zaczęło się od silnego bodźca, którym był gwałt. Marta lubiła imprezować i lubiła wypić. Od kilku tygodni posiadała nowego znajomego, który właściwie został jej chłopakiem. Chodzili sobie razem za rękę, całowali się na imprezach czy w pubach i wyglądali na szczęśliwych. Pewnego razu, gdy Marta spiła się prawie do nieprzytomności, on odprowadził ją do domu. I na tym historia powinna się zakończyć... Niestety na drugi dzień, obok łóżka Marty leżały zużyte prezerwatywy. Na początku dziewczyna nie mogła w to uwierzyć, trudno jej było skojarzyć fakty, zważywszy, że nic z tamtej nocy nie pamiętała. Dopiero później zrozumiała, że „chłopak” ją wykorzystał. Początkowo, żeby zapomnieć o tym incydencie Marta często się upijała. Gdy wychodziliśmy do pubu na kilka piw, ona zawsze spruła się do takiego stopnia, że trzeba ją było odprowadzać do domu. Wyglądało to strasznie. Później, po jakimś czasie, dowiedziałem się, że Marta bierze jakieś leki na uspokojenie – psychotropy. Już wtedy byłem w szoku. Przed tym wydarzeniem była to spokojna, normalna dziewczyna, która potrafiła sobie radzić w życiu, po której nie spodziewałbym się takiego przebiegu wydarzeń. Wiedziałem, że jest źle, a pobierane leki nie wskazywały by miało być lepiej. Przez dłuższy czas nie widziałem jej w moim mieście, nie dowiadywałem się co u niej, więc zacząłem się robić podejrzliwy. Okazało się, że moje przypuszczenia są słuszne – Marta wylądowała w szpitalu psychiatrycznym. Lekarze stwierdzili u niej depresję, która wymagała tygodniowej hospitalizacji w celu przeprowadzenia jakiś tam testów. Zrobiło mi się jej cholernie żal. W tak krótkim czasie życie młodej, bo zaledwie dwudziestojednoletniej studentki obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Wydawało mi się, że szpital to nie miejsce dla niej, że jest za wcześnie, że tam jej stan się pogorszy, gdy zobaczy ludzi naprawdę chorych. Według mnie, miała ona wielki problem, który wymagał szczerej rozmowy z rodziną, przyjaciółmi, którzy by postawili ją na nogi. Wydawać się może, że przesadzam, w końcu to nie ja jestem specjalistą, jednak moje dywagacje na ten temat okazały się słuszne. Przez pierwszy tydzień nie robili Marcie żadnych testów. Miała okazję za to zobaczyć ludzi chorych, z różnymi psychozami, natręctwami, których opisywała później gdy pojechali do niej znajomi, lub gdy była na przepustce. Pamiętam jak odwiedziła ją moja dziewczyna, gdy całe to otoczenie okazało się dla niej szokiem, gdy mi o tym opowiadała, a ja za każdym razem mówiłem, że wiem, że sam się z tym spotkałem w przypadku mamy itd. Zrozumiała, że dla mnie to nic nowego, a dla mojej mamy szara codzienność. Ostatecznie przetrzymują Martę do dzisiaj wypuszczając ją na kilkudniowe przepustki. Widziałem ją ostatnio. Nie wygląda najgorzej – uśmiecha, cieszy się, że jej nie zostawiliśmy, że ma nadal znajomych. Przez ten czas przyjeżdżał do niej kolega, prawie codziennie był u niej w szpitalu. Coś iskrzy pomiędzy nimi. Oczywiście teraz, po tych wszystkich wydarzeniach ona podchodzi do tego z większym dystansem. Najważniejsze żeby wróciła do normalności, żeby funkcjonowała jak dotychczas. Przed nią pisanie pracy licencjackiej, dalszy ciąg studiów itd. Jest teraz lepiej, choć momentami, gdy była w szpitalu otumaniona różnymi lekami trudno było się z nią dogadać – tak jakby otaczała ją mgła przez, którą nie mogła się wydostać, która blokowała bodźce z zewnątrz.
Niedawno usłyszałem, że moja dawna znajoma, której nie widziałem już ponad rok, też ma problemy natury psychicznej. Ponoć często się załamuje, ma wahania nastrojów, najprawdopodobniej jest anorektyczką, ludzie już plotkują, że ona tym bardziej nadaje się kurację psychotropową. Trochę mnie to zszokowało. W tym szale, nagle okaże się, że co druga osoba powinna się leczyć psychicznie.
Wielokrotnie rozmyślałem o intensywności i charakterystyce mamy choroby. Przecież stereotypowy schizofrenik to osoba zamknięta w sobie, przebywająca w szpitalu, mówiąca do siebie czy rozmawiająca z wyimaginowanymi ludźmi. Z moją matką jest inaczej. Owszem, spędziła sporą część swojego życia w ośrodkach dla chorych, jednak uważam ją za normalną kobietę.
Ktoś z otoczenia, osoba trzecia nie podejrzewałaby nawet, że matka jest schizofreniczką. Co najwyżej można by wywnioskować czasowe załamanie czy jeden z gorszych dni. Tak zdarzało się wielokrotnie, gdy jeździliśmy z rodziną do wujków, dziadków na imprezy imieninowe czy urodzinowe, gdzie było dużo osób mniej, lub bardziej znanych.
W okresach kiedy czuła się lepiej, kiedy odczuwała chęć i sens dalszego życia, negatywne cechy choroby królewskiej zanikały całkowicie. Mogla być sobą, mogła cieszyć się dniem i organizować sobie odpowiednio czas – jadąc do znajomych, wychodząc z ojcem i psem do lasu etc. Taką zmianę zaraz się odczuwało i człowiek czuł się zupełnie inaczej – lepiej.
Lecz jest to rzadkie zjawisko. Bywają okresy kiedy jest naprawdę źle, wręcz tragicznie. Tak jak ostatnio. Wtedy matka nie zachowuje się jak zdrowy człowiek, można wtedy dostrzec jej psychiczne wynaturzenie, a określenie schizofrenia paranoidalna zaczyna mieć sens.
W przypadku mojej rodzicielki głównym problemem są natręctwa, a właściwie cała ich pętla. Zaczyna ona sobie coś wmawiać. Przykładowo, że musi mi powiedzieć gdzie jest płyn do naczyń, czy gdzie przed piętnastoma minutami odłożyła ręcznik do prania. Są to banalne, bezwartościowe informacje, które dla niej stają się najważniejsze na świecie. A właściwie misja powiadomienia nas o nich jest głównym priorytetem. Wmawia sobie, że gdy tego nie powie, to stanie się coś złego. Zaczyna się tym denerwować i ostatecznie ulega. Kiedyś z tym walczyła, trzymała to w sobie, starała się to stłumić, opanować. Przez ostatnie dni dotarła do tak skrajnego momentu, że wszystko co jej przyszło do głowy, każda głupia myśl, każde natręctwo sobie zapisywała. Następnie odczytywała to każdemu po kilka razy, dobrze wiedząc, że znamy jej notatki już na pamięć. Ważnym jest dla niej by słuchać był aktywny, by po wysłuchaniu potwierdził, iż wszystko zrozumiał. Mówi wtedy, wręcz dziękując, że wtedy jej myśli się uspokoją, choć po zaledwie pięciu minutach cały ten akt może zacząć się od nowa.
Sami przyznać, że jest to dosyć irytujące. Ba, może wyprowadzić człowieka z równowagi, gdy po raz piąty w ciągu godziny słucha bredni (niestety tak to brzmi). Każdy przyjmuje to inaczej. Ja staram się to ignorować, tzn. udawać, że słucham, nie narzekając by przestała i kłamliwie potwierdzając, iż wszystko zrozumiałem. Z bratem jest gorzej. Często nie ma on zamiaru wysłuchiwać matki wymysłów i wychodzi z pokoju czy totalnie ignoruje to co ona mówi. Ją to rani, ona wtedy strasznie cierpi, gdyż bardzo szybko zaczyna z tego powodu płakać. Nie można jej tego robić, gdyż jest to dla niej potężny cios.
Czasem natręctwa są na tyle banalne i prozaiczne, że mama sama się z nich śmieje. Nie wiem, czy udając, żeby przemienić sytuację w żart, czy rzeczywiście dostrzega w nich brak sensu. Bo jakże inaczej zareagować na poważna i skupioną mamę, która tłumaczy, że w nocy skrzypiały zawiasy okna, gdyż wiał wtedy silny wiatr (przykład z wczoraj). Ja czasem nie wytrzymuję i uśmiecham się w głębi duszy, choć zdaje sobie sprawę, że to jej choroba i związane z nią cierpienia.
Lecz co by się stało gdyby kolejnym jej natręctwem było żądanie skaleczenie siebie czy kogoś innego, by go ochronić przed szatanem. To jest przecież całkiem możliwie. Jak na razie, ku mojej uciesze, natręctwa ograniczają się do przekazywania informacji, a nie do wykonywania określonych czynności. Wtedy matka byłaby zagrożeniem dla siebie i otoczenia, i skończyłaby w specjalnym, zamkniętym oddziale dla osób naprawdę chorych.
To mnie przeraża. Możliwość zaistnienia sytuacji, gdy mama oderwie się od rzeczywistości i stanie się roślinką. Kiedy będzie żyła w swoim świecie. Jednak zawsze była rozsądną kobietą i pomimo choroby potrafiła trzeźwo i logicznie myśleć.
Pamiętam również zdarzenie z dalszej przeszłości. Trzeba tu zaznaczyć, że moja mama jest strasznie religijna. Nie chodzi do kościoła, bo boi się ludzi (czego notabene nie jest wstanie wyjaśnić, lub nie chce tego zrobić), jednak codziennie modli się po kilka razy dziennie itd. Więc pewnego dnia, nie wiem w jakich okolicznościach mama stwierdziła, że w snach pojawił się jej szatan, a później Jezus czy Matka Boska. Była o tym świecie przekonana i mówiła o tym z taką zażartością, że trudno było mi cokolwiek na ten temat powiedzieć. Nie chciałem jej urazić i zasugerować, że to tylko sen.
Później matka twierdziła, że takie objawienie miało miejsce również w rzeczywistości. Strasznie się wtedy bała i nie chciała o tym nikomu mówić. A zwierzenie to nastąpiło po tym, jak brat powiedział, żeby udowodniła istnienie Boga w którego tak wierzy. Może się domyślać jak sceptycznie do tego podszedłem, zważywszy na chorobę mojej rodzicielki. Jednak szanowałem to o czym mówiła i nie komentowałem jej wizji. Brat był jednak bardziej, nie wiem jaką cechę tu przypisać, ale zasugerował jej, że to tylko kolejny skutek jej choroby.
Kilka tygodni później podenerwowana mama, z drżeniem w głosie stwierdziła, że brat miał rację i był to jedynie wymysł jej chorej wyobraźni. Zrobiła to w taki sposób, jakby walcząc z tym co mówi, że zrobiło mi się jej żal. Nagle pozbawiliśmy ją ostatniej nadziei.
Pisząc to zastanawiam się jak to przyjmujecie. Czy już zakwalifikowaliście ją do osób nienormalnych, czy dajecie jej jeszcze szanse. Dla mnie jest to matka, kobieta, która od mych pierwszych dni obdarowuje mnie olbrzymią miłością. Podziwiam ją za poświecenie i nie mogę sobie wybaczyć, gdy źle o niej pomyśle lub mam jej zwyczajnie dość.
***
Wczoraj mama wyjechała do szpitala. Natręctwa były na tyle silne, a depresja na tyle intensywna, że wymagało to szybkiej reakcji. Nie było innego wyboru. Każdy przeczuwał taki przebieg wydarzeń, już od początku roku.
Trudno było mi oswoić się ze wczorajszym wpisem. Czytałem go kilkakrotnie, zastanawiałem się nad jego treścią, analizowałem każde zdanie. Nawet kiedy wyłączyłem komputer i jechałem do pracy, ciągle, przez całą trasę, myślałem o emocjach jakie wywołały we mnie owe zwierzenia. Nadal nie jestem pewien czy dobrze zrobiłem. Opisałem zdarzenie bardzo osobiste, obnażyłem się przed wami w każdym detalu. Wiem, że wpłynęło na to wiele czynników, między innymi fatalny stan samopoczucia i wartości, kilkudniowa huśtawka emocjonalna i inne, jednak ciężko jest mi się oswoić z tak szczerym i dosłownym literackim ekshibicjonizmem. Nie chcę żeby ktoś pomyślał, że jestem życiową pizdą, kapryszącą jak małe dziecko, czy załamana nastolatka. To co zdarzyło się wczoraj, było chwilowym odreagowaniem wszelkich zdarzeń, emocji i doświadczeń, które zbierały się we mnie od dłuższego czasu. Sam byłem zaskoczony, iż kilka zdań napisanych przeze mnie i związane z nimi wspomnienia wywołały u mnie tak skrajne reakcje. Lecz, jak zdążyliście zauważyć mój nastrój i stan zdrowia (?) szybko powróciły do normy.
Może to zdarzenie, ta opisana sytuacja ujawni wam jak ciężko jest zmagać się z chorobą bliskiej osoby. Czasem myślę sobie, że sam nie jestem pewny na czym to polega. Jak ma wyglądać wspólna walka. Kto ma przejmować większą inicjatywę: matka, zwalczając chorobę od środka, od meritum złych myśli, czy może najbliższa rodzina wspierając, pomagając i odpowiednio nakierowując obronne działania rodzicielki czy żony.
Dostałem kiedyś e-maila, w którym pewna osoba napisała żeby nie pozostawiać chorego samego sobie. Sugerowała ona, by zorganizować czas poszkodowanemu, by zająć się nim i odpowiednio dbać o jego samopoczucie; nie być biernym i nie patrzyć jak chory leży całymi dniami, zamyka się w sobie. Myślałem o tym i z doświadczenia wiem, że byłoby to cholernie trudne zadanie w przypadku mamy. Ona, gdy się zaprze nie wyjdzie z łóżka, nie ubierze się – nie zrobi nic. Tłumaczy wtedy, że nie ma w sobie nawet krzty siły i nie jest wstanie normalnie funkcjonować. Dlatego nie wiercimy tego tematu, nie jesteśmy nachalni i nie zmuszamy matki do udawania lepszego stanu zdrowia. Może to błąd – nie wiem. Nigdy nie rozmawiał na ten temat ze specjalistami. Aczkolwiek, pomyślałem sobie teraz, że po rehabilitacji w szpitalach, gdzie funkcjonuje pewien przymus, matka wraca w lepszym stanie. Widocznie jest to skuteczny zabieg. Tylko wprowadzenie takiej dyscypliny w domu byłoby niemożliwe - niemiałby kto kontrolować mamy. Zresztą wydaje mi się to trochę okrutne i sprowadziłoby życie rodzicielki do ciągłego stresu.
Często tu teoretyzuję, a rzadko kiedy wprowadzam swe plany w czyn. Trudno jest mi się pogodzić z moją postawą. Inne rodziny, mające w swojej familii osoby ciężko chore potrafią poświęcić się całkowicie. Ja nie mogę sobie tego wyobrazić. Chyba nie umiałbym poświęcić własnego życia. Cholera, nie wiem...